Szukaj

ROZMOWA Z JACKIEM KOMUDĄ - Ivo Vuco.

Spotkaliśmy się z Jackiem Komudą, aby porozmawiać o jego nowej książce, Westerplatte. Rozmowa zeszła również na temat pierwszej części serii o II Wojnie Światowej - Hubal. Jacek Komuda to bardzo inteligentny i rozmowny człowiek, ale taki sam kawopij, jak ja, więc kawy poszło dużo, a czasu na rozmowie spędziliśmy całe mnóstwo. Choć słuchałem autora z zapartym tchem, dopiero kiedy redagowałem tekst, zdałem sobie sprawę z tego, ile ważnych rzeczy autor mi opowiedział. Historii, które dopełniają powieść Westerplatte i stają się jej integralną częścią.


Ivo Vuco: Trudno było się zmierzyć z historią Westerplatte?

Jacek Komuda: Bardzo trudno. Przyznam, że Hubal i Westerplatte to najtrudniejsze książki w mojej karierze. Dlatego, że nie tylko mierzyłem się z ponurą historią i traumą 1939 roku, ale też z ludźmi żywymi, rodzinami tych, o których pisałem w obu książkach. Kiedy opisuję dramatyczne decyzje, nie zawsze słuszne, nawet jeśli później uznane za chwalebne, czuję się tak, jakbym patrzył tym ludziom w oczy. Nie można dla fabuły książki zmienić ich historii. Nie można ze zdrajców zrobić bohaterów, tak samo, jak z bohaterów zrobić zdrajców. Ja przynajmniej nigdy tak nie robię.

Ivo Vuco: Bohaterowie Westerplatte to przecież postaci historyczne, ludzie, którzy istnieli naprawdę.

Jacek Komuda: Z jednym wyjątkiem… Jeśli potrzebuję do celów fabularnych negatywnych postaci, których losów nie mam dobrze udokumentowanych, tworzę sobie fikcyjnych bohaterów i wplatam ich między tych prawdziwych.

Ivo Vuco: A mimo rzetelności przekazu pojawiły się zarzuty, jakoby niepotrzebnie Pan dotykał dwóch drażniących polskie społeczeństwo spraw, homoseksualizmu oraz kondycji mentalnej jednego z bohaterów.

Jacek Komuda: Tak, chodzi o majora Henryka Sucharskiego, który był bohaterem w komunistycznej wersji historii Westerplatte. Jednak podtrzymując jego nieprawdziwą legendę, zapominamy o prawdziwym bohaterze obrony Westerplatte, którym był kapitan Franciszek Dąbrowski, dzięki któremu Składnica nie poddała się po dwóch dniach, a broniła siedem dni, stawiając Niemcom silny opór i doprowadzając ówczesne władze III Rzeszy do szewskiej pasji. Przyznam szczerze, że w przeciwieństwie do majora Sucharskiego trudno znaleźć w postępowaniu i w całej zresztą karierze Dąbrowskiego negatywne cechy. Gdybym miał jakieś „haki” na niego, nie zawahałbym się ich pokazać. Oczywiście największym zarzutem wobec niego jest to, że jako zawodowy żołnierz zbuntował się przeciw dowódcy, co może być uznane za niesubordynację i nieposłuszeństwo, które nie przystoi oficerowi Wojska Polskiego. Jednak, kiedy spojrzeć na to z szerszej perspektywy, to takie zachowanie wydaje się racjonalne i słuszne, przynajmniej dla zwolennika romantycznej wizji historii Polski, którym jestem. Z kolei problem z Sucharskim polega na tym, że jego prawdziwy życiorys i prawdziwe jego oblicze było zupełnie inne niż te, które zostało nam przedstawione przez komunistyczne władze Polski i przez lata wpajane nam do głów przez komunistyczną hagiografię. Sucharski był w tamtym okresie przede wszystkim człowiekiem chorym (przeszedł malarię w czasie I wojny), zmęczonym, w bardzo złej kondycji psychicznej. Pasował jednak komunistycznej propagandzie, bo był synem prostego chłopa, szewca z Gręboszowa. Jednak, gdyby przyjrzeć się jego prawdziwej osobowości, to nawet komuniści mieliby z nim nie lada problem. Sucharski był człowiekiem bardzo wyniosłym i robił wszystko, aby uwypuklić różnicę między wyższymi oficerami i żołnierzami rezerwy. Przykładem może być porucznik rezerwy Stefan Grodecki, adiutant Sucharskiego. Komendant nie pozwalał, aby jadał obiady z oficerami zawodowymi, co nie podobało się Dąbrowskiemu. Sucharski pozorował na arystokratę, na snoba. Wszystkie zdjęcia majora pokazują go z gazetą w ręku, w fotelu, w nienagannym mundurze. Jako komendant placówki bardzo dbał o swoich żołnierzy, ale jako dowódca placówki nie wytrwał psychicznie, nie sprostał zadaniom, jakie zostały mu postawione. Żołnierze doceniali go w wielu aspektach, ale plotkowali o jego rzekomym czy prawdziwym homoseksualizmie, choć z oczywistych przyczyn wątki te nie znalazły się w żadnej oficjalnej biografii za czasów komunistycznych.

Nigdzie nie napisałem, że major był homoseksualistą, ale proszę pamiętać, że

w świetle tego, co o nim wiemy, Sucharski czuł się w pewnym sensie arystokratą, a przynajmniej chciał uchodzić za człowieka z wyższej sfery niż jego oficerowie. Tymczasem zachowania homoseksualne były przed wojną w pewnym sensie elementem stylu życia ludzi bogatych, wyzwolonych. Arystokratów i artystów. A major był przecież pozerem.

Ivo Vuco: Są jednak sprawy związane z majorem Sucharskim, o których niewiele wiemy, a nawet nie wiemy nic, prawda?

Jacek Komuda: Tak, z majorem Sucharskim związanych jest wiele tajemnic. Potrafił na przykład znikać nagle na kilka dni i nikt nie wiedział, gdzie był, z kim, po co i dlaczego. Jak na zawodowego żołnierza, który dowodził placówką, takie zachowanie było dość dziwne i niepokojące. Kiedy niemiecki pancernik Schleswig-Holstein wpływał do Gdańska, opuścił placówkę na kilka dni i nikomu nic nie mówiąc, wyjechał gdzieś w tajemnicy, po cywilnemu, na spotkanie – rzekomo z narzeczoną Wiktorią Kratochwil, ale tak naprawdę z inną kobietą. Ta działalność Sucharskiego związana była niewątpliwie z jego działalnością na rzecz polskiego wywiadu wojskowego. Prawdopodobnie zresztą, dlatego właśnie został komendantem tej placówki. Nie wiemy do dziś, jakie gry prowadził major, czym się zajmował. To jedna z białych plam w historii Westerplatte, co ciekawe powiązana z kolejną tajemnicą Składnicy.

Ivo Vuco: Major Sucharski chciał poddać Westerplatte po dwóch dniach...

Jacek Komuda: Sucharski prawdopodobnie załamał się po ataku lotniczym i faktycznie chciał poddać półwysep po dwóch dniach, ale jest jeszcze jeden ważny szczegół, który bardzo często umyka historykom, a który niestety ukazuje majora z jak najgorszej strony. Otóż Sucharski wiedział 31 sierpnia wieczorem o tym, że następnego dnia wybuchnie wojna. Dostał taką informację z komisariatu generalnego w Gdańsku. Na placówkę przyjechał pułkownik Wincenty Sobociński, który poinformował majora o tym, co się stanie. Sucharski jednak nie przygotował Westerplatte do obrony, w takim sensie, że nie obsadził żołnierzami placówek. Ciekawe, prawda? Jest 31 sierpnia, niemiecki pancernik zachowuje się dość dziwnie, a przekazana informacja Sucharskiemu mówi jasno i wyraźnie, że za nie całe dwanaście godzin nastąpi atak, który rozpocznie wojnę polsko-niemiecką. Sucharski trzyma co prawda żołnierzy w pogotowiu, ale nie obsadza nimi strategicznych punktów, pozwala im zostać w koszarach. I gdyby chorąży Jan Gryczman nie złamał rozkazu, to najważniejsza placówka na Westerplatte – „PROM” – padłaby łupem niemieckich żołnierzy już w pierwszych minutach wojny.

Ivo Vuco: Chodzą słuchy, że takie zachowanie może oznaczać, że major Sucharski współpracował z rządem niemieckim?

Jacek Komuda: Powiem szczerze, że te wszystkie domniemania, jakoby major Sucharski był agentem Abwehry, to kompletna bzdura. Jednak niepełne przygotowanie Westerplatte do obrony o świcie 1 września to kolejna biała plama i tajemnica w historii Składnicy – po szczegóły odsyłam choćby do książki Wójtowicza-Podhorskiego Westerplatte 1939. Prawdziwa historia. Ale literatura może takie plamy wypełniać. Dlatego zasugerowałem, że postawa Sucharskiego mogła mieć związek z jego grami wywiadowczymi – że major mógł być zamieszany w jakieś rozgrywki wywiadu Rzeszy, które przegrywał. Mógł być na przykład szantażowany i temu szantażowi nie uległ. Ale nie był do diabła żadnym konfidentem! Zastrzegam, że Westerplatte nie jest książką naukową, tylko powieścią beletrystyczną, która rządzi się swoimi prawami i moje sugestie w tej sprawie nie są poparte żadnymi dowodami. Jednak mogło się przecież zdarzyć tak, że niemiecki wywiad posiadał na polskiego majora jakiś haczyk, który mógł zrujnować mu karierę. Romans, hazard, kompromitujące go szczegóły z życia… prowokacja na bankiecie, na balu. Major Sucharski jest trudną do ujęcia postacią, przyznaję jednak szczerze, że jestem w stanie zrozumieć jego decyzję o poddaniu Westerplatte do dwóch dniach walki. Wytrzymał 12 godzin, spełniając rozkaz i mógł się poddać, ale decyzja o tym, żeby nic nie robić o świcie 1 września, wiedząc, że następnego dnia wybuchnie wojna, jest po prostu skandaliczna! Takim zachowaniem naraził całą załogę na śmierć, dlatego, że jeśli Niemcy weszliby na Westerplatte o świcie 1 września, nie napotykając żadnego oporu, to przy całej ich nienawiści do Składnicy, w stresie pierwszych minut wojny, mogli Polaków pozabijać na miejscu. Później nastawienie żołnierzy niemieckich nieco się zmieniło, nasi pokazali charakter, a Niemcy to docenili i zamiast wykonać wyrok śmierci, wzięli polskich żołnierzy w niewolę. Dlaczego Sucharski tak postąpił? To nawet nie jest tchórzostwo, bo gdyby był tchórzem, obudziłby wszystkich żołnierzy i otoczyłby się nimi, osadził załogi na placówkach i kazał walczyć do ostatniej kropli krwi, a sam siedziałby skulony w koszarach. Tak się jednak nie stało, więc mamy tu do czynienia raczej z brakiem kompetencji lub jakąś inną przyczyną. Śmieszne, że placówkę uratował wówczas chorąży Gryczman, który słysząc strzał od strony Niemców, opóźnił wymarsz swoich ludzi z najważniejszej dla obrony placówki Prom.

Ivo Vuco: Mimo to, major Sucharski wciąż tkwi w umysłach wielu Polaków, jako bohater drugiej wojny światowej, jako ten, który przyczynił się do wzmożonej i długiej obrony północnych granic Polski.

Jacek Komuda: Major Sucharski nie był bohaterem. Czy mamy skazać na zapomnienie kapitana Dąbrowskiego tak, jak robili to komuniści? To on wziął na siebie cały ciężar obrony i to dzięki niemu obrona Westerplatte przeszła do historii. Przyznam szczerze, że ja też jestem zaskoczony, że są głosy mówiące o tym, że moja książka bezcześci pamięć o bohaterze, bo przecież historia sporu między Sucharskim a Dąbrowskim i buntu tego drugiego wobec rozkazów przełożonego jest znana od wielu lat. Była wielokrotnie opisywana w naukowych publikacjach na wiele lat przed wydaniem mojej książki – choćby Janusza Roszki czy Mariusza Borowiaka. I ja, pisząc Westerplatte, opierałem się właśnie na pracach naukowych. Wiedziałem, że będzie to temat trudny do ugryzienia, ale przyznam, że Westerplatte w pewnym sensie powstała na życzenie czytelników. Kiedy jeździłem na spotkania autorskie z poprzednią powieścią z tej serii, Hubalem, wszyscy pytali mnie, czy powstanie Hubal 2. Odpowiadałem więc, że przecież major Henryk Dobrzański (Hubal) zginął 30 kwietnia 1940 roku, więc siłą rzeczy jest to niemożliwe. I wtedy padały pytania, czy następne będzie Westerplatte. Okazuje się, że mimo tego, iż niemal wszyscy ludzie wiedzą, co to za miejsce i słyszeli, że toczyło tam się jedno z pierwszych starć II Wojny Światowej, to tak naprawdę nikt do końca nie wie, co tam się dziad i jak ta obrona przebiegała. Dlatego właśnie postanowiłem, że napiszę o tym książkę. Oczywiście powieść ma swoje prawa fabularne – trochę przeplatam w niej fikcję z prawdą, ale tak, aby ta fikcja w żaden sposób prawdy nie zaburzała.

Ivo Vuco: Pamiętam, jak mówił Pan o Hubalu, że ta książka bardzo Pana zmęczyła. Okazuje się, że nie było tak źle w porównaniu do Westerplatte.

Jacek Komuda: Oj tak, zarówno Hubal, jak i Westerplatte wyczerpały mnie psychicznie. Jednak Hubal to zupełnie inna historia, to historia awanturnicza, historia ostatniego zagończyka na rubieżach II Rzeczpospolitej, który nie odnajdywał się w realiach pokojowych. Dobrzański nie był żołnierzem, który mógłby pełnić służbę w warunkach garnizonowych, on się tym nudził. Hubal to był typ watażki, którego cechowały haniebne wybryki, przez co wyrzucono go z wojska tuż przed wojną, w lipcu 1939 roku. Natomiast Dąbrowski i Sucharski to postacie z zupełnie innego dramatu, oficerowie zupełnie innego formatu, przy czym Dąbrowski wypada dużo lepiej od Sucharskiego. W Hubalu chciałem pokazać żołnierzy polskich, którzy chcieli się bić, którzy nie przyjmowali do wiadomości, że wojna może się skończyć przegraną. Natomiast w Westerplatte mamy dwie skrajne indywidualności, między którymi doszło do konfliktu na tle zasadniczego pytania: Czy mamy się bić, jeśli nie jesteśmy w stanie wygrać wojny? I to jest pytanie, na które nawet dzisiaj trudno odpowiedzieć. Moje prywatne spojrzenie na tę sprawę jest takie, że należało walczyć, strzelać, bronić i ginąć, no bo jak inaczej? Mieliśmy pozwolić wejść Niemcom bez walki? Przecież bez względu na to, czy bronilibyśmy się, czy nie, oni i tak wybiliby polską inteligencję, i tak przeprowadziliby czystki etniczne i mordowaliby ludzi. Jednak broniąc się i atakując, utrudnialiśmy im nie tylko życie, ale też plan, jaki sobie założył Hitler względem Polaków. Innej odpowiedzi nie widzę. Muszę jednak zaznaczyć, że lubię pisać o tak dramatycznych momentach. Zdaję sobie sprawę, że to wielkie brzemię i wielu pisarzy nie zdecydowałoby się na podjęcie tego wyzwania. Takie tematy można pokazywać w dwojaki sposób: albo pisząc kolejne laurki, których nikt nie będzie chciał czytać, albo książkę, która dotyka bolesnych strun i zawsze będzie budziła kontrowersje. Przypominam raz jeszcze, że nie mam ambicji, aby Hubal czy Westerplatte były publikacjami naukowymi. To są powieści oparte na faktach, ale w chwilach, gdy tych faktów brakowało, sięgałem po wyobraźnię. Ich celem jest przybliżenie dramatycznych wydarzeń z września 1939 roku i skłonienie Czytelnika, aby dla lepszego poznania prawdy zapoznał się z publikacjami naukowymi.

Ivo Vuco: Czy fakt, że przeplata pan fikcję z historią, wyciąga niewygodne dla wielu turbopatriotów fakty z życia „bohaterów”, przysparza panu więcej przeciwników czy zwolenników wśród historyków?

Jacek Komuda: Hmm… chyba samych przeciwników. Zwykle po każdej kolejnej powieści, ci sami historycy, z których prac naukowych korzystałem, stali się moimi zaciekłymi, nieubłagalnymi wrogami. Niestety badacze dziejów w Polsce, a szczególnie ci, którzy uważają się za speców w jedynym, wąsko określonym temacie, chcą być jednocześnie cenzorami. Uważają często, że jeśli napisali jedną wielką książkę naukową, to muszą mieć monopol na swój ukochany rozdział historii.

Ivo Vuco: Zaburza Pan ich wiedzę i przekonanie o byciu tym jedynym i nieomylnym?

Jacek Komuda: Tak, tak właśnie to wygląda. Druga sprawa jest taka, że większość z nich jest niespełnionymi pisarzami lub scenarzystami, wielu ukrywa skrzętnie swoje wypociny i pomysły na książki, których nigdy nie urzeczywistnią i popadają w histerię, kiedy ktoś „zabiera im temat”, że ktoś wykonał zamach na ich świętość. Kłopot w tym, że jeśli ktoś jest dobrym historykiem, nie znaczy to, że od razu zostanie dobrym pisarzem, i na odwrót. Ja sam przyznaję, że nie jestem dobrym historykiem, brakuje mi pokory i cierpliwości naukowca, ale do każdej swojej książki zasiadam z pełną powagą do tematu, wykonuję tytaniczną pracę i nie obwieszczam wszystkim wokół, że moja książka jest najlepsza, bo ja jestem najlepszym historykiem. Jestem nim z zawodu, kocham historię, staram się ją zrozumieć, ale moim zajęciem jest pisanie beletrystyki. A ci, którzy tego nie potrafią, niech zostaną przy naukowym pokazywaniu historii. Swoją drogą na spotkaniu w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich usłyszałem nawet, że podniosłem świętokradczą rękę na wizję obrony Westerplatte stworzoną przez Jana Józefa Szczepańskiego, autora scenariusza do filmu Stanisława Różewicza z 1967 roku. Cóż, nie da się dziś pójść ze skargą na Komudę do komitetu czy do Sokorskiego.

Ivo Vuco: Na szczęście, wsród czytelników, przeciwników jest mniej, niż zwolenników. Wielu ludzi porównuje Pana do Valerio Massimo Manfrediego, włoskiego historyka, który słynie z powieści beletrystycznych na bazie historycznej wiedzy o Rzymie. Mówi się, że Jacek Komuda jest takim polskim Manfredim, bo potrafi znaleźć w odmętach historii ciekawe osobowości.

Jacek Komuda: To miłe. Mam zaczęty doktorat na Uniwersytecie Warszawskim, którego od lat nie mogę skończyć. Nie ukrywam jednak, że zawsze nudziło mnie pisanie prac historycznych, które są niemal zawsze nudne jak flaki z olejem, a przy okazji muszą być zawsze hołdem dla różnych „autorytetów” historycznych. Dlatego, zamiast przesiadywać w archiwum i zapełniać kolejne strony przypisami, wolałem po prostu zobaczyć oczyma wyobraźni czasy i ludzi, które mnie interesowały. Jak Manfredi. Historiografia polski dzisiaj to niewolnictwo, do którego zmusza sztywna hierarchia uniwersytecka. W dodatku coraz częściej wkracza do niej polityka i ideologia, już nie komunistyczna, ale neoliberalna poprawność polityczna i pedagogika wstydu. Historycy szukają w źródłach faktów, a ja, prócz faktów, również żywych ludzi i ich moralnych wyborów. Przyglądam się ich życiu, ich zachowaniu, ich problemom. W naukowych tworach nie mam miejsca na osobowość człowieka, a w moich książkach jest to cała machina napędowa fabuły.

Ivo Vuco: No właśnie, czytając Westerplatte, odniosłem wrażenie, że sam atak i obrona jest tylko tłem tej powieści, a najważniejsza sfera, którą pan dotyka w tej książce, to sfera mentalna bohaterów. Takie same odczucia odnosiłem w przypadku Hubala, Bohuna, Diabła Łańcuckiego, czy w Opowieściach z Dzikich Pól.

Jacek Komuda: W poprzednich książkach, o których Pan wspomina, było to niezamierzone, aczkolwiek cieszę się, że tak je ludzie odbierają. Przy Westerplatte taki zabieg był już celowy, bo jest to pierwsza moja książka, w której występuje bohater zbiorowy. Przedstawiłem w tej książce losy obrońców Składnicy, nie tylko Sucharskiego i Dąbrowskiego, ale też prostych żołnierzy, podoficerów, plutonowych, chorążych… ludzi, którzy na swoich barkach dźwigali ciężar tych siedmiu dni obrony.

Ivo Vuco: Łatwiej jest zbudować postać fikcyjną w książce niż przedstawić obraz postaci historycznej?

Jacek Komuda: Dużo łatwiej, bo przy opisywaniu życia i stylu bycia człowieka, który naprawdę kiedyś żył jest znacznie trudniej zaprezentować choćby negatywne cechy jego osobowości, choćby ze względu na wspomnienia, legendy, czasem mity, jakimi te postacie obrosły. Łatwo można przekroczyć granicę tego, co wolno, a co może wyżej wspomnianych urazić. Nawet taka sprawa, jak uzasadnienie i opisanie decyzji o poddaniu placówki po dwóch dniach czy po siedmiu, może poróżnić czytelników… I jak tu teraz opisać dwa różne charaktery tak, aby nie urazić nikogo? Oczywiście trzymając się faktów historycznych.

Ivo Vuco: Skoro już mówimy o poddaniu placówki… Co znaczyłaby decyzja poddania jej po tych 12 godzinach obrony lub zaraz w pierwszych chwilach wybuchu wojny?

Jacek Komuda: Zakładam, że Niemcy nie rozstrzelaliby ich na miejscu. Byłoby mniej ofiar, a Sucharski i Dąbrowski trafiliby do niewoli wcześniej. W ich przypadku niewiele by to zmieniło, Sucharski był bardzo chory i wkrótce po odzyskaniu wolności zmarł na zapalenie otrzewnej. Dąbrowski wyszedł z niewoli z gruźlicą, która zabiła go 17 lat później, szykanowany w międzyczasie przez komunistów, upodlony i pozbawiony środków do życia. Pięć dni nie robi może wielkiej różnicy, ale przynajmniej trochę Niemców w tym czasie wytłukli.

Ivo Vuco: Mogli bronić się dłużej?

Jacek Komuda: Mieli spory zapas amunicji, ale problemem był brak sali operacyjnej, bandaży, leków i opieki nad rannymi. W pierwszych godzinach wojny zniszczone zostały pomieszczenia medyczne, a kapitan Mikołaj Słaby, który był naczelnym lekarzem Składnicy, nie dostał narzędzi chirurgicznych, które zostały wcześniej skonfiskowane przez Niemców. Drugim powodem było to, że Niemcy planowo niszczyli wszystkie umocnienia. 2 września zbombardowano wartownię numer pięć, 7 września zniszczona została wartownia numer dwa… Niemcy przyjęli taką taktykę, że wpadali na Westerplatte, wykrywali punkty oporu i ostrzeliwali je aż do skutku. Praca mozolna, a skutki trudne do przewidzenia, jednak w tym przypadku zdawało to egzamin. Przy kontynuowaniu obrony 8 września zostałaby zapewne zniszczona wartownia numer jeden, główny punkt oporu, który skutecznie powstrzymywał niemiecki atak. Gdyby nasi bronili półwyspu dalej, musieliby się wycofać do wartowni numer sześć, w suterenie pod koszarami, a walki potrwałyby zapewne kilka dni dłużej, aż do wyczerpania sił po stronie polskiej, czyli do ostatniego żołnierza.

Ivo Vuco: Nie taki był pierwotny zamysł, zanim padł rozkaz utrzymania Westerplatte przez dwanaście godzin?

Jacek Komuda: Dąbrowski napisał w jednej ze swoich książek, że w zamierzeniach poprzedniego komendanta Westerplatte, czyli majora Stefana Fabiszewskiego, Składnica miała bronić się przynajmniej cztery tygodnie. Pamiętać należy, że Wojskowa Składnica Tranzytowa była symbolem politycznym. To było takie miejsce, taki punkt oporu, które potwierdzało prawa Polski do Gdańska. Dopóki Polska miała tę strażnicę, mogła oficjalnie mówić, że Gdańsk jest z nią związany. Natomiast rola Westerplatte jako portu i magazynu w 1939 roku była praktycznie żadna, dlatego że wszystkie transporty szły już wtedy przez Gdynię.

Ivo Vuco: Czy zatem atak na nic nieznaczącą z punktu strategicznego Składnicę Wojskową przez tak potężny okręt miał sens i był potrzebny?

Jacek Komuda: To był atak na symbol polityczny – miejsce pokazujące uzależnienie Wolnego Miasta od Polski. Na szczęście Niemcy w ogóle nie potrafili zdobywać umocnień. Ten atak był bardzo źle zaplanowany… Początkowym zadaniem pancernika Schleswig-Holstein wcale nie było ostrzeliwanie Składnicy Wojskowej, tylko atak na inne cele, między innymi w Gdyni. Problem w tym, że ten ostrzał miał być prowadzony z terenu Westerplatte właśnie, czyli z Basenu Amunicyjnego. Zatem wszystko się zapętlało - komandor Gustav Kleikamp nie mógł wykonać głównego rozkazu, dopóki nie zdobył Składnicy. I w ten sposób zaczęła się batalia o półwysep, która doprowadzała dowództwo III Rzeszy na skraj załamania nerwowego, gdyż wojna się jeszcze nie zaczęła na dobre, a cały plan wziął w łeb. To, co miało być tylko formalnością, okazało się nie lada wyzwaniem. Westerplatte było nisko położonym półwyspem, porośniętym gęsto drzewami, co uniemożliwiało ostrzeliwanie go z pancernika od strony Zatoki dlatego, że pociski spadłyby na Gdańsk. Niemcy przeprowadzili próbę ostrzału przez ich torpedowce, ale pociski przeszły nad Westerplatte i wybuchły na przedmieściach, zabijając cywilów. I pewnie dowódcy nie mieliby z tym problemu, gdyby nie fakt, że tymi ludźmi byli… Niemcy, a nie Polacy. Pierwszymi ofiarami ostrzału z okrętu Schleswig-Holstein byli niemieccy robotnicy mieszkający w Nowym Porcie. Podmuch z ostrzału armat 280 mm był tak duży, że zawalały się domy mieszkalne i warsztaty.

Ivo Vuco: W książce śledzimy nie tylko losy polskich żołnierzy, ale też i niemieckich. Te relacje są autentyczne?

Jacek Komuda: Tak, strona niemiecka jest bardzo dobrze opisana, bo znany jest dziennik działań bojowych okrętu. Cała operacja przedstawiona jest tam bardzo szczegółowo. Jednak już losy poszczególnych niemieckich żołnierzy są oczywiście fikcją, bo bardzo mało wiemy o osobistych przeżyciach Niemców uczestniczących w ataku na Westerplatte. Natomiast chciałem pokazać w tej książce naszych wrogów nie jako podłych esesmanów, jak z propagandowych filmów komunistycznych, gdzie z automatu włażą pod lufy polskich karabinów maszynowych, ale jako ludzi z krwi i kości, którzy jak każdy inny człowiek - mają swoje problemy, własne życie i spojrzenie na wojnę. Oni byli też mocno zdenerwowani sytuacją, walka nie wygląda tak, jak na filmach, to przecież bardzo stresująca sytuacja, trudne chwile, w których podejmować trzeba trudne decyzje. Niemieckim żołnierzom wydawało się, tak im zresztą wpajano, że zdobędą Westerplatte w pół godziny. Po pierwszym nieudanym ataku wdarła się nerwowość i rozczarowanie. A może i zdziwienie. Nie spodziewali się tak zaciętej obrony. Byli przekonani, że to mała Składnica, chroniona przez stu, może stu dwudziestu żołnierzy, których uda się zaskoczyć we śnie. Jednak Polacy, łamiąc konwencje regulujące ilość żołnierzy i ich uzbrojenie na tym półwyspie, wprowadzili kilkudziesięciu żołnierzy więcej. Przy tym nie jakichś rezerwistów, ale zawodowców, straceńców i kawalerów. No i znów, patrząc z perspektywy czasu i uzyskanej wiedzy, wydaje się, że najmniej kwalifikowanym do swojej funkcji był major Sucharski…

Ivo Vuco: Czyli Niemcy głęboko wierzyli w to, że szybko rozprawią się z Westerplatte i przejdą do zadań głównych. Trochę naiwnie…

Jacek Komuda: Niemcy chcieli, a nawet musieli zająć Westerplatte szybko, bo blokowało działania pancernika. Pancernik nie mógł prowadzić ognia na cele w rejonie Orłowa i Gdyni z Zakrętu Pięciu Gwizdków w Kanale Portowym, gdzie stał. Chodziło o to, żeby Westerplatte szybko i sprawnie wyeliminować, aby pancernik mógł się spokojnie przemieszczać i wpłynąć do Basenu Amunicyjnego, który był, jak się Niemcy spodziewali, pod polskim ostrzałem. Paradoksalnie sam Schleswig-Holstein stał się zakładnikiem swoich działań. Nie mógł wypłynąć z Gdańska, bo Kleikamp obawiał się, że jeśli będzie przepływał obok Westerplatte, to Polacy ostrzelają go z bliskiej odległości z dział przeciwpancernych, do czego ta jednostka nie była przystosowana. Tak więc, mimo że znaczenie Składnicy jako nabrzeża było żadne, to jednak militarne było również niebagatelne, bo blokowało płynność działań niemieckich w ataku na Gdynię. Kleikamp nie mógł wyjść z portu Gdańskiego, nie przepływając obok Westerplatte. A nie mógł półwyspu zbagatelizować, bo mógł stracić statek. Co ciekawe, Niemcy liczyli także na sukces propagandowy. Na pokładzie statku znajdowała się grupa dziennikarzy i filmowców, którzy mieli za zadanie udokumentować sprawną akcję zdobycia pierwszego przyczółku polskiej obrony. Niestety, realia okazały się inne. Niemcy, zwłaszcza w Berlinie na czele z Hitlerem byli wściekli, szczególnie, że kiedy 3 września oficjalnie przyłączano Wolne Miasto Gdańsk do III Rzeszy, ciągle było słychać strzały na Westerplatte. Jak już wspominałem, załoga Westerplatte była znienawidzona przez Niemców. Kiedy przewożono naszych tuż po poddaniu się autobusami przez Długi Targ w Gdańsku, to tłuszcza niemiecka z Wolnego Miasta zaczęła się rzucać na samochody, krzycząc, że powieszą Polaków. Pluli na nich, krzyczeli, obrażali, żądali samosądu. Ciskano zgniłymi owocami, łajnem i kamieniami. I co ciekawe, oddział kompanii szturmowej, przydzielony do eskorty polskich żołnierzy bronił jeńców. Niemieccy żołnierze pytali cywilów, gdzie byli, kiedy toczyły się walki o Westerplatte, dlaczego wtedy nie okazali swojej siły, tylko teraz, kiedy Polacy są bezbronni. Okazało się zatem, że na tym półwyspie spotkali się dżentelmeni, którzy wykazali się wielką kurtuazją. Niemcy byli pełni uznania dla polskich żołnierzy, ale znów… na wysokości zadania nie stanął major Sucharski, który był tak spanikowany i tak zmordowany tym wszystkim, że wręcz podlizywał się Niemcom. Cała ta scena wręczania szabli, którą znamy z przekazów propagandy komunistycznej, była nieprawdziwa. Szabla należała do Dąbrowskiego, bo szabli Sucharskiego nie można było znaleźć, a Sucharski zgodził się na odegranie pewnej komedii. Na wielu zdjęciach z kapitulacji można zauważyć różnice w zachowaniu Sucharskiego, Dąbrowskiego i innych oficerów. Komendant był załamany, ledwie żywy – Dąbrowski, Kręgielski, i Grodecki – wściekli. Później komuniści zniszczyli wszystkie kompromitujące Sucharskiego dokumenty i wynieśli go na piedestały, czyniąc z niego bohatera, a o Dąbrowskim najpierw zapomniano, a potem szykanowano go. Ta historia, która była nam wpajana przez pięćdziesiąt lat od zakończenia wojny musi być napisana na nowo, bo za dużo w nich przekłamań i fałszywych relacji oraz niedomówień.

Ivo Vuco: Co też dzieje się już od jakiegoś czasu. Dziękuję Panu za rozmowę i cóż, czekamy na kolejne tomy serii o trudnych kampaniach drugiej wojny światowej. Mam nadzieję, że wkrótce uraczy nas Pan nową powieścią, a teraz zachęcamy czytelników zarówno do zapoznania się z Westerplatte, jak i z poprzednim tytułem serii – Hubalem.

Jacek Komuda: Ja również dziękuję za rozmowę, to chyba najdłuższy wywiad, jaki kiedykolwiek dałem. Pozdrawiam moich Czytelników i zapraszam na spotkania autorskie, o których informować będzie wydawnictwo Fabryka Słów.


JACEK KOMUDA

Zawodowy pisarz i historyk. Specjalizuje się w dziejach Rzeczypospolitej szlacheckiej. Autor siedemnastu książek: dziewięciu powieści historycznych, marynistycznych i siedmiu zbiorów opowiadań, których akcja rozgrywa się w XVII w., na morzach i oceanach oraz w XV-wiecznej Francji, a także zbioru esejów na temat kultury sarmackiej i najsłynniejszych postaci tamtych czasów. Jego dzieła, bez przerwy wznawiane, sprzedały się w łącznym nakładzie pół miliona egzemplarzy i cieszą się ogromną popularnością wśród polskich czytelników. Autor otrzymał też stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, przyznawane w ramach pierwszego etapu konkursu na scenariusz filmu historycznego. Wierny prawdzie, nie stroni od brutalnych, mocnych kart historii. Inaczej niż Sienkiewicz woli pisać ku przestrodze niż ku pokrzepieniu serc. Wskrzesza dawne obyczaje, postaci, zapomniane miejsca. Bohaterowie to ludzie miotani namiętnościami, a nie papierowe ideały. Najważniejszym celem, jaki stawia sobie autor, jest przybliżenie i spopularyzowanie wśród czytelników historii Rzeczypospolitej szlacheckiej. Jako jeden z nielicznych ludzi pióra uczestniczy w rekonstrukcjach historycznych jako XVII-wieczny polski husarz, pancerny i Lisowczyk, poznając w ten sposób realia dawnego pola walki. Na własnym koniu przejechał pół Polski, spory kawałek Ukrainy i jeszcze większy Karpat Wschodnich.



TYTUŁ: Westerplatte

AUTOR: Jacek Komuda

WYDAWNICTWO: Fabryka Słów

PREMIERA: 4 września 2019

PROJEKT OKŁADKI: Dark Crayon

LICZBA STRON: 512

OPRAWA: miekka ze skrzydełkami

FORMAT: 196 x 136 mm

ISBN: 978-83-7964-446-9


NASZA RECENZJA KSIĄŻKI


PRZECZYTAJ FRAGMENT


KUP TERAZ


OFICJALNA STRONA AUTORA



















PATRONI MEDIALNI KSIĄŻKI: Jedynka Polskie Radio, Do Rzeczy, Historia - Do Rzeczy, Histmag.org, Niestatystyczny, Fanbook, lubimyczytać.pl, trójmiasto.pl.




POLECAMY RÓWNIEŻ Z TEJ SERII:

Henryk Hubal-Dobrzański to legenda. Ostatni żołnierz września. Zbuntowany duch gnębiący Niemców w dawno już okupowanym kraju. Poprzez bagna i zawieruchę wojny, zasadzki i obławy prowadził Wydzielony Oddział Wojska Polskiego. Dzięki niemu, symbolicznie , Rzeczpospolita nie poddała się nigdy. Jacek Komuda przeszedł w wyobraźni, na mapach, trochę konno, trochę samochodem cały szlak bojowy majora Hubala. Powieść w całości oparta jest na faktach, pamiętnikach i najnowszych opracowaniach. Występujące w niej postacie i większość wydarzeń jest prawdziwych. Hubal dla wrogów Ojczyzny miał tylko kule, a dla żołnierzy słowa: Nie było rozkazu kapitulacji... przeszliście przez piekło… za nami groby kolegów... czy po to ginęli, abyśmy teraz mieli złożyć broń? Ja w żadnym razie broni nie złożę, munduru nie zdejmę... tak mi dopomóż Bóg! WIĘCEJ O KSIĄŻCE




#jacekkomuda #fabrykaslow #westerplatte #hubal #hultajliteracki #wywiadzautorem #ivovuco



www.fabrykaslow.com.pl



HULTAJ LITERACKI NA FACEBOOKU


HULTAJ LITERACKI NA INSTAGRAMIE

89 wyświetlenia
  • YouTube - Biały Krąg

© 2018 Hultaj Literacki by Ivo Vuco. Proudly created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now